jestem mamą, poród, przemyślenia przy kawie

Historia mojego porodu

historia-mojego-porodu

Dokładnie osiem tygodni temu, o tej godzinie byłam na porodówce. Trudno opisać słowami co czułam, bo emocje z każdym skurczem sięgały zenitu i szczerze mówiąc błagałam aby się to skończyło. Wracając do tego dnia myślami teraz nieco się z tego śmieje, ale wtedy wcale nie było mi do śmiechu. Wracam pamięcią do niedzieli 09.02, która odmieniła moje życie, ale zanim o tym… muszę zacząć od początku, czyli od dnia poprzedniego.

Tego dnia, tj. 08.02.2020 o godzinie 16:00 byłam na KTG w szpitalu. Wszystko było w porządku, położna, którą miałam później przy porodzie zbadała mnie i powiedziała: „Kasiu, coś się zaczyna zmieniać, mamy 1,5cm rozwarcia. Czekamy na skurcze”. Wtedy wzięłam to z przymrużeniem oka, bo już niejednokrotnie słyszałam, że szyjka robi się miękka, dziecko schodzi coraz niżej, a nic się nie działo. Modliłam się tylko aby do tygodnia się zaczęło, bo inaczej wylądowałabym na oddziale na wywołaniu. I właśnie w tym samym dniu wieczorem dostałam pierwsze skurcze. Początkowo nie byłam pewna czy są to już skurcze zwiastujące poród. Był jeszcze u mnie brat z żoną i śmialiśmy się z tego „ale byłoby jakbyś dzisiaj urodziła”. Oni poszli do siebie, a mnie coraz bardziej bolało. Gdy zaczęły pojawiać się co 12-15 min wiedziałam, że to jest TO. Te pierwsze były krótkie, z których trochę się śmiałam i ogólnie cieszyłam się jak głupia, że ruszyło się samo.

Skontaktowałam się z koleżanką, która także jest położną. Poleciła ciepłą kąpiel i obserwacje. Jeśli po kąpieli skurcze miną – znaczy, że to były skurcze przepowiadające. Jeśli nie – czas się szykować na wielką chwile.

Z każdą godziną było coraz gorzej. Skurcze przychodziły i odchodziły, a ja za pomocą aplikacji zaznaczałam co ile się powtarzają. Tej nocy nie zapomnę nigdy. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, a do szpitala nie chciałam jechać zbyt wcześnie. Zresztą zarówno lekarz jak i położna powiedzieli, że dopiero gdy skurcze będą co 7-5min mam się zbierać do szpitala. A więc kładłam się, wstawałam, szlam pod prysznic gdzie spędzałam średnio pół godziny i znowu się kładłam. I tak w kółko. Mąż masował mi plecy, ja mu marudziłam. Chodziłam do mamy pokoju, płakałam, że coraz bardziej boli. Gdy o piątej rano skurcze pojawiały się już co 6 min stwierdziliśmy, że czas. Podczas przygotowań niespodziewanie odszedł mi czop. Między skurczami uśmiechałam się od ucha do ucha – sama nie wiem czy z radości, przerażenia i strachu. Ale wiedziałam jedno – już prawdopodobnie dzisiaj zobaczę moją córkę, moje szczęście i wielką miłość.

Brat pojawił się dosyć szybko. W międzyczasie zadzwoniłam do mojej położnej i opisałam sytuacje. Powiedziała: „super, widzimy się za pół godziny na izbie przyjęć”.

Przyjechaliśmy jako pierwsi więc panie zarejestrowały mnie, zebrały krótki wywiad, założyły opaskę na rękę i kazały się przebrać. I w tym momencie… skurcze ustały.

Zostałam podpięta pod ktg – wszystko było super. Po godzinie skurcze wróciły i pisały się raz bardziej, raz mniej. Pani Bożenka wspierała mnie bardzo. W pewnym momencie gdy leżałam na łóżku, a ona wypisywała dokumenty poczułam jakby coś tam na dole pękło. Pomyślałam sobie: „fajnie, pewnie rozwarcie się nagle zrobiło większe”. Teraz się śmieje z tego, bo gdy po około dwudziestu minutach wezwał nas lekarz na badanie, a ja wstałam z tego łóżka… poczułam ciepło i mokro. Okazało się, że odeszły mi wody. Wtedy jeszcze mąż czekał na mnie na korytarzu z moją torbą i szybko (w miarę moich możliwości, bo dalej miałam skurcze) poleciałyśmy do niego po podkłady. Zaraz potem szybko na badanie USG.

Lekarz, który robił USG nic nie mówił. Kompletnie nic. W skupieniu sprawdzał dziecko, jeździł i jeździł tą głowicą, a mi się wydawało, że to trwa wieczność. Było to chyba z bite piętnaście minut, o ile nie więcej. Stwierdził, że wszystko jest w porządku, dziecko duże około 4300g. Więc rodzimy.

Wróciłyśmy na trakt porodowy i czekałyśmy. Potem na spokojnie poszłyśmy do łazienki zrobić lewatywę (dla niektórych to wstyd, ale uwierzcie mi, że nie dość, że to przyspiesza, to jeszcze później jest łatwiej i nie trzeba się wstydzić swoich… No wiecie! :p ) Ja mam wrażenie, że po tym rozwarcie robiło się szybciej. Później miałam czas „dla siebie” pod prysznicem. Wtedy już Damian mógł być ze mną i mnie wspierać. I w tym momencie muszę powiedzieć, że był dla mnie wielkim oparciem. Ściskałam mu ręce, opierałam się o niego, a gdy prosiłam masował mi plecy. Nawet powiedział, że mogę ściskać go mocniej, haha, czyli nie było aż tak źle. 😃

Niestety w pewnym momencie rozwarcie stanęło na 8cm. Położna podłączyła mnie pod kroplówkę z oksytocyną i miałyśmy nadzieje, że teraz już poleci. Jednak nic się nie działo, mimo, że skurcze były cały czas to przez trzy następne godziny nic się nie ruszało. I wtedy błagałam żeby już było po wszystkim.

Po wszystkich możliwych próbach i sposobach przyszedł lekarz. Szybko pani Bożenka powiedziała mu jak wygląda sytuacja, co mi podała i niestety… brak postępu porodu przez 3 godziny. Wtedy lekarz powiedział słowa, których nigdy nie zapomnę. „pani Katarzyno możemy próbować dalej aby coś się ruszyło, ale może być problem z dzieckiem. Nawet jak główka przejdzie, barki mogą się zaklinować. Decyzja należy do pani, może lepiej zrobić cięcie cesarskie i dziecko będzie za pół godziny z nami.” Nie muszę mówić jaka była moja decyzja?

To były takie emocje, że wraz z mężem zaczęliśmy płakać. Dosłownie płakać jak dzieci. Powiedziałam, że zgadzam się na wszystko. Personel od razu zadzwonił po jeszcze jednego lekarza, a mnie zaczęły przygotowywać. Najpierw zastrzyk na zatrzymanie skurczy (niestety nie zadziałał, bo gdy już podawali mi znieczulenie w kręgosłup jeszcze miałam skurcz). Dostałam jakiś płyn do wypicia bardzo niesmaczny, został założony mi cewnik. Pobrali krew – wyniki miały być na cito. I czekaliśmy. Wtedy już wiedziałam, że za chwil kilka zobaczę Natalkę.

Samo przygotowanie do operacji odbyło się w miarę sprawnie. Wszystkie panie pielęgniarki, położne i pani anestezjolog były przemiłe. Pocieszały mnie, głaskały i bardzo wspierały. Tam już mąż nie mógł wejść, wiadomo.

Nie potrafię określić ile to trwało, ale od podania znieczulenia minęło może pół godziny, może mniej i usłyszałam pierwszy krzyk Natalki. Nie umiałam już płakać, bo swoje wypłakałam wcześniej, ale powiedziałam tylko: „jaka słodka, moja malutka. Dziękuje”. Niestety nie położyli mi jej na klatkę piersiową, od razu wzięli do innego pomieszczenia. I wtedy zaczęła się najzabawniejsza część. Wszyscy byli w szoku, że taka duża dziewczynka i zaczęło się obstawianie ile waży. Opcje były różne, lekarze przekomarzali się i pytali gdzie ja ją miałam. Dla mnie było to już wtedy śmieszne, a jak wróciła pielęgniarka i powiedziała, że prawie pięć kilo wszyscy zamilkli, po czym nastąpiła radość. A pielęgniarka która pokazała naszą córkę tatusiowi i spytała się go „i jak się podoba?”, usłyszała „może być”. Haha, wtedy już wszyscy zaczęli się śmiać.

Rozmawiałam z lekarzem, który mnie szył (ten sam co robił rano usg) powiedział, że nigdy nie dałabym rady urodzić jej naturalnie. Nie było szans, a jakby jakimś cudem się udało – musiałby szyć mnie dwie godziny, z wiadomych względów.

Dlatego bardzo się cieszę, że taka decyzja została podjęta. Miałam trochę żal do tego lekarza, że na usg nie określił takiej wagi. Wtedy byłby już rano po wszystkim. Jak się okazało za pierwszym razem wyszło mu niecałe pięć kilogramów, ale nie uwierzył w to, dlatego robił kolejne i tak długo to trwało. Moim zdaniem nie powinno tak być, bo to było zagrożenie nie tylko dla mnie, ale także dla dziecka. Niemniej jednak jestem bardzo mu wdzięczna , że wyciągnął ją całą i zdrową. Tylko to się liczy.

Po wszystkich czynnościach zostałam przewieziona na sale obserwacji. Tam dostałam kroplówkę i zobaczyłam męża wraz z Natalką, która leżała na jego klatce piersiowej. Widok i radość nie do opisania. Pierwsze co to rzuciły mi się w oczy jej ciemne włoski i powiedziałam tylko: „wiedziałam, że będzie miała ciemne włoski”. Natalka urodziła się o 16:42 z wagą 4890g i 62cm. Była największa na oddziale i co później usłyszałam – wszyscy z personelu chcieli ją zobaczyć. Około 19:30 byłam już na normalnej sali. Na chwile przywieźli Natalkę, przyszła moja mama i był mój mąż. Niestety o 20:00 już nie ma odwiedzin więc musieli iść, a Natalkę zabrali na noworodki. Tam spędziła pierwszą i drugą noc. A ja nie mogłam zasnąć z emocji. 😊

Dokładnie o cięciu cesarskim napisze w innym wpisie, bo tutaj już wystarczająco się rozpisałam. Ciekawa jestem czy ktoś wytrwał do końca? Nie mam pojęcia czy kogoś ta historia zainteresuje, ale dla mnie to bardzo ważny wpis. Opisujący moje przeżycia i doświadczenie. Kiedyś chce go pokazać Natce i powiedzieć, że gdybym musiała przejść przez to jeszcze raz – zrobiłabym to bez zastanowienia. A pisząc to wszystko mam łzy w oczach i wciąż uświadamiam sobie jakie szczęście mnie spotkało.

5 Comments

5 Comments

  1. Agnieszka
    05/04/2020 at 11:02 pm

    Możemy sobie przybić piątkę – historia z porodu mojej dziś już ośmioletniej Młodej była podobna. Wszystko wg planu, rodzimy naturalnie a potem…potem papiery fruwały, CC na cito… i…ech. Młoda urodziła się z niską skalą, ale dzięki szybkiej rehabilitacji wszystko jest OK. I nawet nie myślę, co by było gdyby…
    Zdrówka dla Was dziewczyny!
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy 🙂

    • Kasia
      06/04/2020 at 8:19 pm

      Ojej, to jest najgorsze, że potem wszystko na szybko. Całe szczęście, że dobrze się skończyło. Mam wrażenie, że teraz jest taki nacisk na poród siłami natury, że nie biorą pod uwagę zagrożenia.

      Dziękujemy, dla Was również zdrówka i radości 😘

  2. Magda Keller
    07/04/2020 at 10:27 am

    Gratuluję 🙂 piękna i duża dziewczynka, myślałam, że waga powyżej 4 kg od razu oznacza cesarskie cięcie, najważniejsze, że wszystko zakończyło się dobrze 🙂

  3. Asia czytasia
    08/04/2020 at 7:39 am

    Az trudno uwierzyć, ze na usg nie zorientowali sie, ze to taki duzy bobas

  4. Agata
    08/04/2020 at 9:01 am

    Ale uroczy maluszek 🙂 dobrze ze rodziłas jeszcze
    Przed ta cała epidemia

Reply your comment

Your email address will not be published. Required fields are marked*